Zobaczcie Gdańsk oczami uczestniczek projektu Jedź z nami vol. 2 //CZ.I

Wiele wspomnień, inspiracji i nowych, cennych znajomości przywieźliśmy z Gdańska, które ugościło nas iście po królewsku! Wizyta studyjna w ramach projektu Jedź z nami vol.2 odbyła się w dniach 11-13 października. INKU umożliwiło przedstawicielom różnych organizacji pozarządowych i grup nieformalnych nawiązanie relacji i partnerstw oraz czerpanie wiedzy od organizacji działających w trójmieście. Zobaczcie co wywarło największe wrażenie na naszych uczestnikach.

RÓŻA CZERNIAWSKA-KARCZ

ŚWIT 11.09.2014, godz. 6.22, Dworzec Główny w Szczecinie

Zaspałam. Mój wewnętrzny budzik nie zadziałał. Henryk ocknął się o 5.30, gdy już od pół godziny powinnam być na nogach. 25 minut na... Wyjechaliśmy na dworzec o 6.05. Na szczęście, o tej porze nie ma jeszcze dużego ruchu, więc trasę z Pogodna pokonaliśmy w rekordowym czasie 12 minut. Zielone było na zawołanie...
W holu dworca czekały już Dziewczyny, Kinga, Kasia, Natalia i Sabina. Mignął mi kapitan Gawłowicz.
Kogo można spotkać o świcie na dworcu? -przemknęła mi zabawna myśl.
Była pora, by udać się na 3 peron, gdzie czekała już Małgosia, Ania i Alex. W komplecie weszliśmy do pociągu , by upakować bagaże i siebie...

PODRÓŻ

Ruszyliśmy... Rozmówki, żarciki, śmiech... rozładowanie napięcia, a potem wyciszenie. Drzemka - dopełnienie przerwanego snu, wtulenie w niewygodny kąt fotela, twarda ściana nie zastąpi poduszki czy choćby jaśka, ale daje podparcie ... Ktoś sięga po książkę, gazetę... Kasia przegląda materiały na spotkanie w... a ja, o dziwo piszę...
Godz. 8.30, już!?
Rozpogadza się ... i trzęsie niemiłosiernie, bo za Białogardem pociąg przyspieszył i gna, w przedziale coraz jaśniej. Słońce... Za chwilę Koszalin...
I co dalej.
Przywołuję wspomnienie Gdańska z 2010 roku. Maj w słońcu i nasze z Wiolą wędrówki po Starówce, kawa w kawiarence przy Długim Targu... nasze rozmowy... o projekcie holenderskim... doskonałe zrozumienie. Wieczór w Muzeum Narodowym, gdzie licznie i uroczyście z udziałem władz Trójmiasta i regionu oraz zaproszonych goście z Polski, tak jak my, obchodzono urodziny Królowej Beatrycze. Pięć lat... Tyle się zmieniło, nie ma już królowej, jest Jej syn, król Wilhelm-Alexander, nie ma ze mną Wioli, są młode dziewczyny i student ... Tym razem sama powędruję do konsulatu Królestwa Niderlandów, może do Związku Literatów na Mariacką...
Jeszcze trzy godziny do celu...
Potem hostel Grand, w którym zaleca się gościom mieć "kapciuszki"... Ciekawe, dlaczego? Czy tak wysoki standard w hostelu Grand?
Nie mogę pisać, bo trzęsie niemiłosiernie... więc...

NA MIEJSCU 12.15

Na Kołodziejską, przy której mieści się nasz Grand, dotarliśmy ... z mapą... Wcale nie tak daleko od Dworca Głównego, ale w słoneczne bardzo ciepłe południe i z bagażami... szło się z wysiłkiem. Niestety, doba hotelowa zaczyna się od 14.00, więc nie było co marzyć, by się rozpakować czy odświeżyć, chociaż Dziewczyny skorzystały z mini toalety i poradziły sobie.
Był najwyższy czas na kawę!
Niedaleko, bo przy ulicy Piwnej zasiedliśmy więc naszą gromadką na ganku U JÓZEFA K. i kazaliśmy sobie podać ożywczy napój. Uwielbiam gdańskie ganki przed kamieniczkami. Nigdzie indziej takich nie ma.

W INSTYTUCIE KULTURY MIEJSKIEJ 13.30

O 13.30 mieliśmy umówione spotkanie w IKM, który mieści się w budynku UM Gdańska przy Długim Targu. Czekały już na nas przemiłe młode Dziewczyny, a przywitała Marta, która poprowadziła spotkanie. Opowiedziała nam, jak działa Instytut jako samorządowa instytucja kultury.
Prezentacja multimedialna ilustrowała jej wykład.
Naturalnie, na mnie zrobiły wrażenie inicjatywy literackie miasta i ich realizacje. Odnajdywałam podobieństwa i różnice w naszych szczecińskich przestrzeniach, np. spacery literackie i literacka gra miejska, projekty realizujące promocję lokalnych twórców historycznych i współczesnych, skierowane zarówno do młodzieży szkolnej jak i do starszych. U nas szlak miejski z odkrywaniem kamienic i ich znamienitych mieszkańców podjęła Justyna Machnik. Ale typowo literackiego nie ma, a można byłoby o tym pomyśleć.
Rozmowy toczyły się sympatycznie, ale popołudniowa pora upomniała się o lunch, więc nasze mentorki zabrały nas na obiad do wegańskiej restauracji pod romantycznym szyldem "Pies i Róża".
Potem mogliśmy się zakwaterować w naszym hostelu.

Aby było zabawnie, nie obyło się bez awarii, bo zamek w moim pokoju okazał się popsuty i nie można było go zamknąć od wewnątrz... ale na szczęście obsługa hostelowa zapewniła mnie , że mimo nieobecności konserwatora, który właśnie pojechał na urlop, sprowadzą ślusarza i usuną usterkę. I tak się stało.


KAWA KULTURALNA WYMIANA 18.00

Wieczorne spotkanie w tymże samym miejscu Instytutu Kultury Miejskiej miało nieco odmienny scenariusz. To Szczecin miał się zaprezentować ze swoimi działaniami, projektami, wydarzeniami.
Tak więc Kasia przedstawiła nas i Szczeciński Inkubator Kultury gdańszczanom. Następnie wystąpiły z interesującą prezentacją Dziewczyny z Gdyni. Opowiadały o Kulturowym Obserwatorium Kultury, o promocji lokalnych twórców, o kiermaszach literackich ich książek. O Akademii Nowych Mediów oraz o interesującej inicjatywie siedzib dla organizacji pozarządowych, które korzystają z przychylności miasta, pozyskując siedziby z konkursu miejskiego. Sprzyja to ukorzenieniu się organizacji w przestrzeni miasta, przy jednoczesnym zaznaczaniu odrębności dzielnic.
Pośród tych prezentacji i ja przedstawiłam nasz szczeciński oddział ZLP, przede wszystkim aktywny w wydarzeniach wydawniczych i w ramach wymiany zostawiłam nasze książki z serii: akcent. Udało się pozyskać już znajomość z panią z lokalnej gazety, zainteresowaną twórczością Rafała Podrazy. Och, ta popularność!

Wymiana kulturalna miała swój sympatyczny finał w pubie, uliczkę dalej, gdzie zaprosiły nas nasze gospodynie, Ania i Marta. A ja się martwiłam, z kim wypiję swoje wieczorne martini, aby uczcić mój powrót do Gdańska.

I NOC 1.30 - 4.00
Noc minęła ... bezsennie , bo na piętrze miałam bardzo hałaśliwych Niemców sąsiadów, którzy zapomnieli chyba, że są w hotelu, gdzie obowiązują jakieś normy...
Ale nic to...

GDAŃSK O PORANKU 9.20

Ranek był pochmurny, bo w nocy padało. Po śniadaniu, na które składały się tosty z twarożkiem i herbata, także gofry z dżemem, wybrałam się spacerkiem na ulicę Chmielną 101, gdzie mieści się Konsulat Królestwa Niderlandów. Spacer okazał się wielką przyjemnością.
Rześki dzień. Ulice zmyte nocnym deszczem. Nieliczni przechodnie. O 9.30 jeszcze nie ma tłumu turystów. Przeszłam prawie pustą ulicą Długą, oglądając i fotografując co ładniejsze kamieniczki, niczym nie zasłonięte. Nawet Neptun , stał sobie całkiem swobodnie na cokole. Nieoblegany przez fotografujących. Dwór Artusa wciąż przysłonięty, nie zdobi ulicy.


W KONSULACIE 10.15

Przeszłam przez most nad Motławą i na rogu Chmielnej odnalazłam konsulat. Przyjęła mnie asystenta pani Magdaleny Pramfelt, gdyż sama pani konsul była na urlopie. Rozpoznałyśmy się, mimo pięciu lat od ostatniego spotkania, wspomniałyśmy projekt, który pani konsul uhonorowała swoim patronatem. Złożyłam list intencyjny do pani konsul oraz książki z naszej zetelpowskiej serii: akcent, w tym mojego Vermeera. Porozmawiałyśmy chwilę, przekazałyśmy sobie pozdrowienia i pożegnałam się.

SPACER NAD MOTŁAWĄ
Co robić? Tyle wolnego czasu? Postałam na moście, sfotografowałam statek, który właśnie dobijał do brzegu i wykonywał swoje ekwilibrystyczne manewry, aby zacumować. Powędrowałam nabrzeżem, robiąc fotki nadrzecznym kamieniczkom, obowiązkowo Żurawiowi, w którym mieści się Muzeum Morskie, ale także resztkom ruin, które malowniczo jawiły się w przedzierającym się przez chmury słońcu.


Czas na kawę. Wróciłam na Długi Targ. Naprzeciwko Ratusza usiadłam sobie przy stoliku, zamówiłam kawę, kremówkę i lody bezowe, A co!. Był czas na widokówki, które należało wysłać do Wioli, do Bożenki, do Szwecji czy do z Zdzisi.
Potem była poczta i znów spacer uliczkami Starego Miasta.

Kolejny raz przeszłam się Mariacką. To bursztynowa uliczka. Ale nieco szpecą jej perspektywę te wszystkie wystawione witryny z bursztynowymi precjozami. Ale i tak zachowuje swój niepowtarzalny klimat. Ujęłam go tak:
Ulica Mariacka

gdańska uliczka
z gankami obrośniętymi
winoroślą i mchem
z niechęcią
poddaje się
bursztynowej komercji

Moim celem była siedziba gdańskiego oddziału ZLP, która mieści się właśnie przy Mariackiej naprzeciwko domu Kopernika. Niestety, nikogo nie zastałam. Pan obok , rozkładający parasole, oznajmił mi, że dzisiaj nikogo nie będzie. Trudno.


EUROPEJSKIE CENTRUM SOLIDARNOŚCI 16.00

Nie spodziewałam się, że to miejsce zrobi na mnie aż takie wrażenie.
Monument. I, może poza bramą, obłożoną kwiatami i zniczami, które odbierają jej dostojeństwo i tragiczną wymowę całości, zarówno pomnik trzech strzelistych krzyży , z płaskorzeźbami, z fragmentem poezji Miłosza, a potem mur z tablicami ku czci, to wszystko zrobiło na mnie wrażenie.
Obeszliśmy Centrum dookoła, by w jego wnętrzu przeżyć niepowtarzalne emocje.
Na razie nie potrafię wszystkiego nazwać. Natomiast mogę powiedzieć to, co przychodzi mi na myśl po pierwszych doznaniach... Jest to miejsce niezwykłe i... doskonale przygotowane, by takie wrażenia wywoływać... są tam tak zaaranżowane pomieszczenia, w których zwiedzający zanurza się w przeszłości tragicznej, gdzie przenika go dreszcz lęku tamtych dni, czuje zapach strachu tamtych ludzi... i rośnie podziw dla ich determinacji w przeprowadzeniu tych wielkich dziejowych przemian... a przecież oni byli, są jeszcze z mojego pokolenia... Okrągły Stół... SOLIDARNOŚĆ... Ta wielka ściana z biało-czerwonych karteczek i sam napis...robią wrażenie...


Zjechałam windą do zielonego patio i zanurzyłam się w wygodnym fotelu, bezpieczna... w tym miejscu, już współczesnym obiekcie muzealnym, który staje się artefaktem dla kolejnych, coraz młodszych ode mnie, pokoleń... Czy oni też czują ten powiew tamtych dni, już tak odlegle minionych...

METROPOLITANKA 18.00

Jeszcze jedna wędrówka w czasie po przestrzeni, która jest, a już jej nie ma... chociaż są jeszcze ci, którzy próbują ocalić i tę przestrzeń i ludzi, którzy w niej pracowali , jeszcze nie tak dawno, 25 lat... to jednak pokolenie...
Spotykamy się z kolejną panią Anią. Młodziutka kobieta, ale z pasją. Realizuje projekt z takimi jak ona kobietami, które pragną ocalić pamięć o innych kobietach Gdańska - pracownicach Stoczni Gdańskiej, o kobietach artystkach, polityczkach, działaczkach polonijnych... W tych projektach wytyczają szlaki, na których zaistniały słynne gdańszczanki... Ta młoda przewodniczka opowiada nam z taką pasją i barwnie historię stoczni, jakby sama w tym wszystkim uczestniczyła, co przeciez niemożliwe, bo to wspomnienia jej dziadków czy rodziców... Stocznia była miejscem pracy pięciu tysięcy kobiet, zatrudnionych wśród dwudziestu tysięcy pracowników. I to one odegrały niebagatelną rolę w kształtowaniu i przekształcaniu rzeczywistości tamtych odległych nie tylko o 25, lat... Anna Walentynowicz, Henryka Krzywonos, Joanna Duda-Gwiazda, Alina Pienkowska i inne... to nazwiska przewijające się w opowieści pani Ani.

Wędrujemy za nią po rozległym terenie byłej stoczni, zatrzymujemy się pod murami pustych hal, pod zardzewiałymi dźwigami, przy nieczynnych od lat suwnicach, straszą wybitymi szybami okna, zarośnięte tory, rozsypujące się mury, połamane płoty...
Przygnębiające... W oddali port, w którym powoli o zmierzchu zapalają się światełka latarni czy okien... jednak życie, obecność ludzi, nawet jakiś szlaban, wejście zamknięte... zakaz fotografowania... prywatność...
Wracamy do miasta.

BAZYLIKA 9.30, sobota

Ciepłe słoneczne sobotnie przedpołudnie. Czas na pożegnalny spacer, więc znowu wędrówka w miejsca te same, ale nie obejrzane zbyt dokładnie, może jeszcze do odkrycia jakiś inny gdański klimat? Na przykład Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Gdańsku, znany bardziej jako bazylika mariacka. Wchodzę wraz z jakąś grupą turystów, ale zaraz się odłączam, bo przewodniczka nazbyt głośno objaśnia swoich słuchaczy. Wędruję samotnie od kaplicy do kaplicy w bocznych nawach. Podziwiam najstarsze zabytki, o które wiodą spór ks. infułat Stanisław Bogdanowicz z Muzeum Narodowym w Warszawie. Ale nas to nie dotyczy. Budzą mój podziw wspaniałe gotyckie rzeźby Piety czy Ukrzyżowania, ale zatrzymuje mnie przy kaplicy św. Anny postać Pięknej Madonny. I oto za mną staje para. Mężczyzna opowiada kobiecie legendę związaną z figurą Pięknej Madonny. Odwracam się i pytam, czy mogę posłuchać. Wyrażają zgodę, więc z ogromnym zainteresowaniem przysłuchuję się opowieści.
Figura prawdopodobnie pochodzi z 1420 roku, a przynajmniej tak jest datowana. Dowiedziałam się, że obecnie belgijska uczona bada tę rzeźbę, by odkryć zarówno jej właściwy wiek jak i pochodzenie rzeźbiarza. Ale do rzeczy. Otóż legenda według gawędziarza spotkanego w bazylice mariackiej, ma się tak.
Było dwóch piekarczyków, którzy kochali się w córce piekarza. Dziewczyna sprzyjała jednemu, na co drugi krzywo patrzał. Doszło do zwady. Odrzucony piekarczyk oskarżył rywala przed piekarzem, że ten kradnie chleb z piekarni. Piekarczyka uwięziono, oskarżono i skazano na śmierć. Za kradzież chleba karano surowo. Przed wykonaniem wyroku zapytano skazańca, jakie ma ostatnie życzenie, i wtedy piekarczyk poprosił o kawał piaskowca, młotek i dłuto. Zdziwieni rajcy spełnili jego prośbę. Nazajutrz, gdy przyszli po skazańca, znaleźli w lochu piękną figurę Madonny z dzieciątkiem na ręku, na której widok oniemieli. Piekarczyk opowiedział , jak to ukazała mu się Piękna Madonna i taką ją wyrzeźbił. Rajcy udali się raz jeszcze na naradę do pobliskiego Ratusza i uznali, że zły człowiek , bez opieki Bożej nie potrafiłby dokonać tak wspaniałego dzieła. Piekarczyka więc uniewinniono. Poślubił piękną piekarzównę i żyli długo i szczęśliwie.
O fałszywym oskarżycielu legenda nie wspomina, natomiast piekarczyk za swe ocalenie ofiarował figurę Matki Boskiej swojemu kościołowi mariackiemu.
Miałam nieodparte wrażenie, patrząc na krągłe i rumiane oblicze Pięknej Madonny, że w tej wizji piekarczyka Matka Boska przybrała postać jego ukochanej, słodkiej i wdzięcznej piekarzówny, a miłość odkryła w nim talent artysty. A może tylko mi się zdaje...ale te pulchne i rumiane policzki...

Po powrocie do Szczecina, odnalazłam jeszcze kilka podobnych wersji dotyczących Pięknej Madonny Gdańskiej. Jedna mówi o czeladnikach garncarskich i młodej wdowie po garncarzu, dalszy przebieg zdarzeń jak u piekarzy, inna w ogóle nie ma wątku miłosnego, tylko oskarżenie o zabójstwo młodego człowieka, którego ocala Madonna.
Mnie jednak podoba się najbardziej wersja zasłyszana w kościele.

DOM KOPERNIKA


Tuż za bazyliką na rogu ulicy Mariackiej, gdy wychodzi się z zaułka, znajduje się wąska gotycka kamieniczka, szeroka na dwa okna, ponoć najstarszy gotycki dom w Gdańsku. Mieszkał w nim Kopernik, a jego gospodynią była Anna Schilling. To ponoć był jej dom. Różne plotkarskie historie krążą o kanoniku Mikołaju. Jedna z nich przypisuje romans mieszkańcom kamieniczki. Ponieważ nie ma na niego dowodów, to tym bardziej pobudza historia wyobraźnię artystów. Stąd w Domku Muzeum prezentuje się zwiedzającym nie tylko toruńskie pierniki, herbatę zamorską, ale również sfilmowaną korzenną historię romansu Mikołaja z piękną Anną.


Kamieniczka jest dyskretniejsza jednak od ludzi, żądnych sensacji i skandalu. Nam powinno wystarczyć dzieło Kopernika, a nie jego życie. Każdy ma prawo do swojej prywatności.
***
na rogu Mariackiej i Kramarskiej
w cieniu bazyliki
wąziutki na dwa okna
dom Kopernika
tajemnicę skrywa
tymczasem imię
fromborskiego kanonika
szeroko
opasało Ziemię niby
orbita wokół Słońca

13.09.2014, 10:05

A ja na Targu Węglowym , nieopodal Drzewa Millenium Gdańska i Muzeum Bursztynu, przysiadłam na trawiastym kubiku i wystawiłam twarz do słońca... chwila pożegnania z Gdańskiem.


POWRÓT 13.35
Gdańsk żegnał nas słonecznie. Zabieraliśmy ze sobą do Szczecina lato. Wracaliśmy w niepełnym składzie. Małgosia pożegnała nas już w piątek, Sabina i Kinga rozeszły się w swoje strony w sobotę.
Pozostała piątka, czyli Kasia, Ania, Natalia, Alex i ja umieściła się w przedziale... i dopiero dla mnie nastał czas integracji. Rozmowy o studiach, o minionych wrażeniach, o codziennych szczecińskich troskach zawodowo-mieszkaniowych, o zaliczeniach, o egzaminach, o tym wszystkim czym żyjemy tu i teraz, przeniosły nas znów w szczeciński czas i przestrzeń... i nagle poczułam, że nie ma tak naprawdę różnicy między mną a tymi młodymi ludźmi, z którymi spędziłam w Gdańsku trzy wspaniałe dni kończącego się lata...

 

MAŁGORZATA NAROŻNA KLUBOKSIĘGARNIA FIKA

ANNA SIENKIEWICZ  FUNDACJA ARTMOSPHERE

Komentarze