Wizyta studyjna INKU w Krakowie za nami. Jak było?

Czas na relacje naszych uczestników. Janusz Sudoł, ze Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Pomorze Zachodnie, zaprasza do lektury wywiadu z Anną Miodyńską. A w nim, o tym jak się żyje w "nowej Nowej Hucie", o rowerowych hipsterach i działalności ART ZONY. Ponadto redaktor dzieli się swoimi refleksami z wizyty w „Klubie pod Gruszką”.

Wizyty studyjne to propozycja INKU dla przedstawicieli organizacji pozarządowych, grup nieformalnych oraz animatorów działających w obszarze kultury, którzy wciąż poszukują nowych inspiracji do działań, kontaktów oraz chcą zdobywać cenne doświadczenie. W roku 2014 umożliwiamy aktywnym przedstawicielom trzeciego sektora udział w trzech wizytach studyjnych. Za nami wizyta w artystycznym i inspirującym Krakowie, przed nami Gdańsk - ośrodek nowoczesnych technologii, innowacji i projektów, również w sferze kultury.

Każdej wizycie studyjnej patronuje ważna instytucja kultury. Dzięki takiej współpracy udaje nam się poznać miasto od podszewki, a także porozmawiać z ludźmi bezpośrednio zaangażowanymi w tworzenie działań kulturalnych. Kraków przybliżał nam Małopolski Instytut Kultury, Gdańsk poznamy z pomocą Instytutu Kultury Miejskiej. czytaj dalej

Wizyta studyjna w Krakowie odbyła się pomiędzy 4 a 7 sierpnia 2014 r. 

Zapraszamy do lektury relacji Janusza Sudoła, ze Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Pomorze Zachodnie.

Wśród wielu tematów poruszanych w trakcie bytności w Małopolskim Instytucie Kultury szczególnie zainteresował mnie program Kreatywnej Nowej Huty ART ZONE. Poprosiłem o rozmowę Annę Miodyńską, pracownika Małopolskiego Instytutu Kultury, przedstawiciela Stowarzyszenia Mieszkańców Nowej Huty, która od urodzenia bardzo aktywnie – jak  podkreśla - mieszka w tym mieście.    

Janusz Sudoł: Na początku lat 50. ubiegłego wieku rozpoczęto budowę huty. Ściągnięto tutaj masę młodych ludzi z całej Polski. Zaczęto też budować miasto. Miało to być pewnego rodzaju „laboratorium” z nowym, socjalistycznym społeczeństwem, ku budowie socjalistycznej ojczyzny. Społeczeństwo laickie, bo nie przewidziano budowy żadnych kościołów. Co pozostało z tego „eksperymentu”? Dzisiaj ten pomysł ówczesnych „planistów społecznych” wydaje się co najwyżej dziwny.                                               

Anna Miodyńska: Nowa Huta to są obecnie trzy pokolenia mieszkańców. Ci, którzy ją zasiedlili – dziś pokolenie dziadków – bardzo młodziNasi gospodarze z Małopolskiego Instytutu Kultury – Piotr Knaś i Anna Miodyńska, która z taką pasją opowiadała nam o nowej Nowej Hucie ludzie ze środowisk wiejskich przybyli z całym swoim bagażem. Przynieśli tu swoją nadzieję, pasję, w większości wiarę w nowe, bo Polska Ludowa była dla nich awansem społecznym. Ale przynieśli też wiejski czy małomiasteczkowy system przekonań i wiary. Nowa Huta bardzo krótko była miastem bez kościoła. Na potrzeby ludzi otworzyło się istniejące tu od lat bardzo duże opactwo cystersów, którzy zrezygnowali ze swojej surowej, zamkniętej reguły. Potem na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku podjęto realizację projektu kościoła parafialnego. Potem była bitwa o krzyż nowohucki, czyli lokalizację tego kościoła, która mocno scementowała mieszkańców. Było więc tak: władza swoje, ludzie swoje, a architekci jeszcze swoje. Stara Nowa Huta, której budowa zakończyła się w połowie lat 60. to jest fenomen planistyczny, to jest fantastyczne miejsce do mieszkania. Abstrahuję tu od jej obecnego stanu, bo to wszystko teraz wymaga remontów...

Ta wieś, na której miejscu rozpoczęto budowę Nowej Huty nazywała się przecież, nomen omen, Mogiła.
Nie mogła się więc tak dalej nazywać, bo dla pierwszego  socjalistycznego miasta w Polsce, brzmiało to niezbyt szczęśliwie. Odkopywane jest teraz dziedzictwo tych starych wsi. Zajmuje się tym Oddział Nowej Huty Muzeum Miasta Krakowa. Jest też trochę sentymentu do tego, co było przed Nową Hutą. Najwięcej ze strony pierwszego i drugiego pokolenia – pokolenia rodziców, mojego pokolenia - do obecnej dzielnicy Nowa Huta. Więzi sąsiedzkie stały się wyznacznikiem Nowej Huty. To jest naprawdę fenomen, który odżył w pokoleniu wnuków. Kiedy średnie pokolenie zaczęło się wyprowadzać z małych mieszkań, bo nie było w nich miejsca na dwie rodziny, wydawało się, że Nowa Huta wyludni się. Ale teraz zaczęło to przejmować pokolenie wnuków. Dziadkowie natomiast mają się świetnie. Środowisko senioralne do dziś jest niesamowicie silne.

Wróćmy jeszcze na chwilę do wyprowadzania się drugiego pokolenia nowohuckiego, bo na przełomie lat 80. i 90. panowała opinia,  że przed Nową Hutą nie ma przyszłości. Jeszcze raz to powróciło po kilku latach, kiedy Hindusi wykupowali nasz przemysł stalowy. I co?
Stało się tak, że Nowa Huta rzeczywiście została dotknięta silnym bezrobociem. Ale też najstarsze pokolenie odchodzące z pracy, czy też z Prezentacja działań i osiągnięć Małopolskiego Instytutu Kultury bardzo nas zainteresowała, od lewej: Agnieszka Górska, Mateusz Krajewski i Kinga Rabińskaniej zwalniane, dostawało solidne odprawy. Dla średniego pokolenia utrata pracy była dodatkowym, poza mieszkaniowym, powodem do wyprowadzki z Nowej Huty. Był okres - w starych osiedlach – patologii, które zawsze idą za bezrobociem. Ten okres Huta ma jednak za sobą, bo ludzie musieli sobie z tym poradzić i poradzili. Teraz następuje bardzo ciekawe zjawisko – wymiany pokoleń. Umierają dziadkowie. Mieszkania dziedziczą wnuki. Socjolog Jacek Gądecki przebadał to zjawisko. Okazuje się, że kierują się oni sentymentem. Wspominają wakacje i wizyty u dziadków i nie sprzedają tych mieszkań. Również pewnie dlatego, że są one tańsze niż w Krakowie. Zamieszkują więc w Nowej Hucie i tworzą nową jakość. I to nie jest Nowa Huta robotnicza, ale inteligencka, zamieszkała przez ludzi z takim trochę alternatywnym stylem życia. Ta nowa Nowa Huta to są ludzie wykształceni, nastawieni pro ekologicznie, rodzinnie. Trochę taka hipsterska, rowerowa, ale też  zamieszkała przez bardzo świadomych obywateli, znających swoje prawa. Chcą kształtować środowisko, a jest co kształtować. Stara Nowa Huta  objęta jest ochroną konserwatora, co oznacza, że na olbrzymich, zielonych przestrzeniach pomiędzy blokami nie wolno nic budować. Doceniany jest łatwy dostęp do przedszkoli, łatwość przemieszczania się, szybkie połączenie z Krakowem, do którego można dojechać w 20 minut. Dzielnica robi się modna. Fascynująca jest ta zmiana pokoleń. To są zupełnie inni ludzie niż mieszkańcy Krakowa. Myślę, że oni czuliby się źle mieszkając w obrębie Plantów.

Mamy więc nową Nową Hutę, również kulturalnie, bo stąd chyba wzięła się idea ART ZONY?
ART ZONA wzięła się właśnie z tej zmiany świadomości. A wykluła się z Domu Kultury im. Norwida, który wcześniej nazywał się Domem Kultur Huty im. Lenina. Domów kultury zresztą zawsze było u nas pełno, co jest spuścizną po czasach socjalizmu. Ale do tej pory zawsze było sporo ofert kulturalnych dla dzieci, dla seniorów. Jeśli mówię o wykluwaniu się, to skorupą dla ART ZONY była dawna sala tańca, koszmarnie zdewastowana. ART ZONA łączy teraz wspólne potrzeby młodych rodziców i ich dzieci i różne inicjatywy społeczne.

Jakie to są inicjatywy?
Na przykład – ekorodzice. To oznacza dla młodych rodziców z dziećmi zdrowe życie w pewnej wspólnocie, nie tylko rodzinnej. Inny przykład to alternatywni artyści: od muzyków poprzez graficiarzy, do kapel hiphopowych i wideoartu. Wszystkie te nowej dziedziny, których w Nowej Hucie nie było. Powstają kawiarnie i lokale, których zawsze w Nowej Hucie brakowało, łączące funkcje biznesowe i artystyczne. Wychodzi to u nas naturalnie. Nie jesteśmy obciążeni bagażem tysiąca lat pobliskiego Krakowa.

Najważniejsze chyba, że Nowa Huta nie jest już muzeum PRL-u, ale kreatywnym ośrodkiem kultury.
Nie jesteśmy muzeum PRL-u. Są co prawda jakieś inicjatywy dla turystów, takie jak crazy tour, czyli wożenie ludzi Trabantem i pokazywanie jakichś dziwnych mieszkań. Można się tylko nad tym uśmiechnąć. Powstaje w Nowej Hucie Muzeum PRL-u, ale o skali krajowej. Moje pokolenie nie jest do  tego pomysłu zbytnio przywiązane. Specjalnie nam to jednak nie przeszkadza. I to dziedzictwo PRL-u nie jest już dla nas bolesne. 

U krakowskich dziennikarzy
Retrospekcje z Klubu pod Gruszką

U zbiegu ulic Szczepańskiej i Sławkowskiej, a więc przy samym Rynku krakowskiego Starego Miasta, na pierwszym piętrze zabytkowejNasi gospodarze z Małopolskiego Oddziału SDRP, od lewej : Leszek Marmon – skarbnik, Ireneusz Hyra – sekretarz, Bronisława Kufel - Włodek – zastępca przewodniczącego. kamieniczki mieści się „Klub pod Gruszką” będący siedzibą oddziałów małopolskich stowarzyszeń dziennikarskich. Trafiliśmy tu przy okazji wizyty studyjnej zorganizowanej przez Szczeciński Inkubator Kultury we współpracy z Małopolskim Instytutem Kultury. Tzn. trafiliśmy sami i na zaproszenie kolegów z OM SDRP, przedzierając się przez gęsty tłum turystów z rzadka  tylko posługujący się językiem polskim.

Czekali na nas redaktorzy: Ireneusz Hyra (sekretarz Zarządu) i Leszek Marmon (skarbnik Zarządu) i oczywiście pani Ania Ptak, dobry duch klubowy. Nieco później doszła jeszcze red. Bronisława Kufel-Włodek (zastępca przewodniczącego). Przewodniczący, red. Sławomir Pietrzyk, był niestety za granicą, na zasłużonym – jak podkreślali pozostali członkowie Zarządu –wyjeździe wypoczynkowym. Zasłużonym nie tylko z tytułu działalności w Stowarzyszeniu, bo red. Pietrzyk jest jeszcze... przewodniczącym Rady Miasta Krakowa. Fakt ten od razu ustawił zasadniczą różnicę pomiędzy krakowskim a naszym oddziałem Stowarzyszenia. Było to dla nas szczególnie bolesne, po usunięciu nas, pod byle jakim pretekstem, z Klubu 13 Muz, jako zresztą ostatniego tam stowarzyszenia twórczego. Dlatego potem, zwiedzając sale klubowe, nie dziwiliśmy się już ich pięknym zabytkowym wystrojem: XIX, a może i XVIII-wiecznym niderlandzkim kafelkom, którymi wyłożone są ściany, pięknym i równie starym stiukom i meblom. I atmosferze, w której zatrzymał się czas, również i ten, kiedy dziennikarz, z racji wykonywanego zawodu i z   racji prezentowanych zasad, wiele znaczył. Jakby na potwierdzenie tych odczuć ze ścian Klubu pod Gruszką surowo patrzyły na nas grafiki przedstawiające najznakomitszych krakowskich dziennikarzy.

Stąd właśnie wzięła się nazwa Klubu Dziennikarzy w Krakowie - „Pod Gruszką”.Rozmawialiśmy nieśpiesznie. Gospodarzom najwyraźniej nigdzie się nie śpieszyło. Nam tym bardziej. Przy okazji refleksja. W Krakowie żyje się... wolniej niż w innych regionach kraju. Kawiarnie, puby, kluby pełne są ludzi i niekoniecznie są to turyści. Jeśli usiadło się już i zaczęło się o czymś – ważnym, ale i nie koniecznie ważnym – rozmawiać, to trzeba to omówić dokładnie, nie na skróty i bez zbędnych emocji.        

Zaczęliśmy od podobieństw. Mamy doroczne konkursy dziennikarskie. Oni mają Złotą i Zieloną Gruszkę, my Złotą i Srebrne Kaczki. Zasady organizacyjne i regulaminowe są jednak bardzo podobne. Pod względem ilości członków, co nie dziwi, biorąc pod uwagę tylko ilość mediów, oddział małopolski jest większy od naszego. Podobnie działa Zespół Starszych  Dziennikarzy, jak u nas rosnący w „siłę”. A z pozyskiwaniem nowych  członków – młodych wiekiem dziennikarzy, nie jest łatwo. Tu jednak mają większe od nas sukcesy, trafiając przede wszystkim do mediów internetowych i rezygnując ze stażu kandydackiego. Zgodziliśmy się jednak, że młodych wiekiem i stażem pracy dziennikarzy trzeba odpowiednio motywować. Pokazać, że przynależność do Stowarzyszenia coś daje, na coś się może przydać, bo działania wydawców i redaktorów naczelnych „nie zachęcają” do przynależności do stowarzyszeń twórczych czy syndykatów dziennikarskich, które zresztą   nie spełniają wymogów związków zawodowych.

Sytuacja na dziennikarskim rynku pracy jest w zachodniopomorskim znacznie gorsza niż w Małopolsce. Zwolnienia jakie ostatnio dotknęły ośrodki telewizyjne, radiowe czy „Głos Szczeciński” nie mają tam takiej skali. Stąd nie poświęcają tyle uwagi, co my na Pomorzu Zachodnim, próbom obrony zwalnianych, czy zagrożonych zwolnieniami dziennikarzy. - Ja zaczynałam najgorzej, jak można było. W Przekroju – wtrąca, w pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie red. Kufel-Włodek. - Dlaczego to było najgorzej? - padło chóralne pytanie. - Bo potem mogło już być tylko gorzej.

Z pewnym zdziwieniem dowiadujemy się, że Kraków przygotowuje się do obchodów 100 rocznicy wybuchu I wojny światowej. Oglądamy związane z tą rocznicą wydawnictwa. I dopiero po jakimś czasie dociera do nas, że to wcale nie o wojnę chodzi, ale o wykreowanie przez nią nowych, oczekiwanych warunków, możliwości i potrzeb. Zamach w Sarajewie przyniósł przecież koniec Habsburgom, Galicji, podziałom dzielnicowym. A w konsekwencji wolność Polsce. Nasi gospodarze kontynuują jeszcze krytykę krakowskiej hierarchii, tytułomanii i postaw konserwatywnych. W czym im nie   pomagamy, bo to dla nas lekko abstrakcyjna tematyka.Na pierwszym planie Studzienka im. Walentego Badylaka - znak najnowszej historii Krakowa, w tle (po lewej stronie) kamienica przy ul. Szczepańskiej 1.

Krakowianie z zadowoleniem przyjmują nasze zaproszenie do Szczecina. Problem będzie tylko z uzgodnieniem odpowiadającego wszystkim terminu. - Gdzieś na jesieni. Może wrzesień, może październik – pada niezobowiązująca formuła. Przed wyjście jeszcze odradzają nam korzystanie z mieszczącej się obok restauracji „Pod gruszką”. - Aktualny agent nie ma zbyt dużych ambicji kulinarnych. Przyjść, wypić kawę czy piwo i pogadać można, bo tu cicho i spokojnie. Faktycznie. Przechodzimy przez zupełnie pusty lokal, choć to przecież pora obiadowa. Z okien widać Sukiennice. A jeśli ktoś uważnie patrzy, to zobaczy jeszcze niewielką studzienkę, na której tabliczka głosi, że nosi imię Walentego Badylaka i jest miejscem dramatycznego samospalenie się. W Polsce jest kilka takich „pamiątek” po PRL-u.

Relacja: Janusz Sudoł (w towarzystwie Danuty Sepuco)

Ponadto zdjęcia:

  1. Wciśnięty pomiędzy gęstą śródmiejską zabudowę pięknie utrzymany ogród to płuca Małopolskiego Instytutu Kultury.
  2. Ze ścian klubu obserwowały nas surowe spojrzenia najbardziej znanych krakowskich Redaktorów.
  3. Janusz Sudoł, Danuta Sepuco.
  4. Rodzinne zdjęcie na Rynku Starego Miasta – od lewej: Danuta Sepuco (Stowarzyszenie Edukacja dla Talentu i SDRP Pomorze Zachodnie), Emilia Wolf (Szczeciński Inkubator Kultury), Paulina Stok-Stocka (Stowarzyszenie Klub Storrady), Agnieszka Górska (Grupa Improwizacja „Pod pretekstem”), Janusz Sudoł (SDRP Pomorze Zachodnie) i Mateusz Krajewski (Kolektyw Fotograficzny POWIDOK).  

Przydatne linki: Relacja Danuty Sepuco

Komentarze