ŻYCIOWA PRAWDA W FORMIE ZABAWKI

Lublin to twór pograniczny, miasto istniejące w połowie. Albo inaczej – nowe miasto naniesione na fundamenty starego. Niby tak jest wszędzie, niby stąpamy po kościach historii, ale w Lublinie jest to bardziej odczuwalne.  

Nieistniejące ulice (nie, nie te o zmienionych nazwach), historie w niebycie, bezimienni mieszkańcy. Wszystko to byłoby zdane na ulotność pamięci, gdyby nie nasz partner – Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN”. To samorządowa instytucja kultury działająca w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Przyjmuje nas tam Bartosz Gajdzik, który opowiada o tym, jak powstało to miejsce, czym się zajmują, dla kogo są. To fascynująca historia o rozbudzonej chęci ocalenia pamięci o lublinianach – także tych bez nazwiska, bez zdjęcia, bez opowieści. Nie jesteśmy jednostką badawczą. – mówi nam Bartosz, nasz przewodnik po Bramie, ale trudno w to uwierzyć patrząc na korytarze wypełnione folderami dotyczącymi ulic, których już nie ma i ludzi, którzy razem z nimi zniknęli.

Brama Grodzka to podróż w czasie, tracimy w niej orientację, wkrótce dowiemy się, że nad głowami przechodniów znajduje się sala teatralna, w której rozgrywają się opowieści o starym Lublinie. Słuchają ich zarówno młodzi Polacy, jak i młodzi Żydzi – nam dane jest wziąć udział w spektaklu dla grupy licealistów z Izreala. Wychodzimy w słońce, ale jakbyśmy byli w cieniu.

Dom Słów z kolei odwiedzamy trzykrotnie. Jesteśmy pewnie jedną z najbardziej niezorganizowanych grup, jakie odwiedziły to miejsce, ale chaos, który z sobą przynosimy wynika z zachwytu. Zresztą samo miejsce odnajdujemy przypadkiem, wchodząc w piękne, kolorowe, literackie podwórko. Na wstępie wita nas Gepetto, czyli bramowy pan rzemieślnik (niektórzy nie mogą przejść obok niego obojętnie). Okazuje się, że co roku podwórko oddane jest we władanie innej historii, sama siedziba Domu Słów zaś – artystom i grupom animatorów, którzy wykorzystują każdy jej centymetr. Nawet nabrzmiałe od wody fragmenty korytarza zostały „udomowione” – na Żmigrodzie żyje Żmij. Jest nam mało, wciąż mało! Robimy więc swój papier, nawet dwuletni Władek przeszedł przez cały proces. W międzyczasie słyszymy opowieść o wolnych drukarniach i o drukarniach w ogóle. W piwnicy przyjmuje nas prawdziwy zecer (jeśli to słowo nic Wam nie mówi, to świadczy o tym, jak rzadkie jest to zjawisko)! Jest nam dobrze, kręcimy się na karuzeli na podwórku – by nią pojechać, ktoś musi pedałować siedząc na stojącym obok rowerze. Piękna życiowa prawda w formie zabawki.

teskt i zdjęcia: Kinga Rabińska

Komentarze